MIGAWKI, czyli rozmowa z Bartoszem „Masterem” Przybyłem

MIGAWKI, czyli rozmowa 
z Bartoszem „Masterem” Przybyłem

I to było takie abstrakcyjne, zupełnie oderwane od tego, co działo się na ulicach

O wykuwaniu słowniczka z podręcznika do wspinaczki, o noszeniu przetartych butów „prawy na lewy”, o uczeniu się przez obserwację partnerów i postronnych, o zaletach tufów niedotkniętych ludzką ręką, o własnym doświadczeniu blokad wspinaczkowych, o tym, że za mało powiedzieliśmy o AKW (a to co?) – swoją odę do korkera i do ściągnięcia z dwójki do biodra wyśpiewuje w kolejnej rozmowie wspominkowej Bartosz „Master” Przybył.

Bohater Migawek nr 6: Bartosz Przybył, i jego chwila zadumy nad losem butów 🙂

Chodziłem po krawądkach, a dzieci z pobliskiego domu dziecka wyzywały mnie od Kukuczek

Filip Kaźmierczak: Od czego zaczęła się Twoja fascynacja wspinaczką lub górami?

Bartosz „Master” Przybył: Zaczęło się od gór. W 1991 roku po raz pierwszy pojechałem w góry z kolegą kolegi. Z wcześniejszych lat nie przyniosłem żadnych doświadczeń ani tradycji górskich. W te wakacje przeszedłem z ciężkim plecakiem prawiecały Główny Szlak Beskidzki (GSB) – w różnych warunkach pogodowych, z różnymi biwakami, z różnymi noclegami. Po powrocie góry śniły mi się po nocach, więc od razu skompletowałem partnera i jego wyposażenie i ruszyliśmy na kolejny wyjazd.

Wysiedliśmy w deszczu w Rabce, a skończyliśmy w słońcu w Ustrzykach Górnych po przejściu pętli na Tarnicę i zejściu do Wołosatego. Na powrót nie starczyło nam pieniędzy, więc z Przemyśla do Poznania jechaliśmy na biletach, a od Poznania w toalecie. Dość szybko zdałem sobie sprawę, że chodzenie 30 lat na złotą odznakę GOT jest nie dla mnie, bo chodzę z ciężkim plecakiem i w miarę szybko. Owszem: chodzenie, góry, piękno… ale miałem jeszcze margines na robienie czegoś więcej.

Z kolegą kolegi myśleliśmy początkowo o speleologii. Kupiliśmy książki speleo, „W podziemiach tatrzańskich” Tadeusza Zwolińskiego – moja pierwsza literatura górska, bardzo zresztą podziemna. W tym samym czasie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak klub wysokogórski. Poszedłem tam i zostałem dość niemile potraktowany. Stali tam jacyś „hiperrobociarze” i rozmawiali z jakimś panem – później się okazało, że to był facet, który w Szczecińskim Klubie Wysokogórskim zajmował się robotami wysokościowymi i wspinaczami się niespecjalnie interesował, dlatego trafił mnie niefart.

Na wiosnę 1992 roku udało mi się nabyć książkę Wacława Sonelskiego „W skale”, którą przeczytałem w bardzo krótkim czasie od deski do deski. Słowniczek tej książki wykuliśmy na blachę, choć nie do końca jeszcze wiedzieliśmy, o co chodzi. „Bularz”, „łojant”, „drzeć na łapach”, „jajcarz” – dopiero później dowiedziałem się, co te pojęcia znaczą. No i już wiedziałem, że to „jeszcze coś” związanego z górami to będzie wspinanie.

FK: Rok 1991 to była dla ciebie już młodość, nie dzieciństwo?

BP: Miałem wtedy 16 lat, a rok później zacząłem się wspinać. Na podstawie wiedzy wyniesionej ze wspomnianej książki kupiłem korkery i poszedłem na piaskowcowy murek przy wejściu na dawny stadion Pogoni. Był szeroki, około 4 metry wysoki. Coś tam próbowałem, chodziłem po krawądkach, a dzieci z pobliskiego domu dziecka wyzywały mnie od Kukuczek. Później trafiłem na wieżę Bismarcka i spotkałem na niej dwóch typów, którzy powiedzieli mi, że pewien instruktor – niejaki Sławomir Jabłoński – szkoli prywatnie. I tak oto znów trafiłem do siedziby Klubu.

Znajdowało się tam czterech młodych osobników. Powiedziałem:

– Dzień dobry, szukam pana Sławomira Jabłońskiego.

Od razu zostałem wyśmiany. Osobnikami tymi byli niejaki Ferb, Karakuł i Maćkowik oraz kolega w kraciastych spodniach, który przedstawił się:

 – Sławek jestem.

Do dzisiaj to pamiętam. Powiedział mi, że tam panów nie ma, a kurs zrobiłem u niego w czerwcu roku 1992. I tak moim pierwszym wyjazdem w skałki był kurs skałkowy: pierwszą część zrobiliśmy na wieży Bismarcka, a później kilka dni spędziliśmy w Sokołach. Kurs miałem indywidualny – tylko Sławek i ja – więc zrobiłem wszystkie drogi kursowe (które dziś nazywa się „tradowymi”) i jakieś niekursowe.

FK: Biłeś na kursie haki?

BP: Nie biłem, ale w Betlejemce już tak.

FK: Mówiłeś, że kupiłeś korkery. Jakoś je do wspinaczki preparowałeś?

BP: W moich pierwszych korkerach osobiście dokonałem obcięcia korków. Później zostałem poinstruowany, że szewc na Mickiewicza podkleja tzw. „mikrogumą”, więc udałem się do niego. W warsztacie szewskim – warsztat nadal istnieje, a szewc nadal żyje – owiany przecudną wonią butaprenu właściciel poinformował mnie, że musi mi przykleić „mikrogumę”, czyli centymetrowej grubości płat pianki. Nie miał on wprawdzie żadnego tarcia, ale zapewniał butom dłuższą trwałość. Taki but, wyposażony z przodku w „mikrogumę”, a z tyłu w zapewniające jakieś właściwości trakcyjne cztery korki, nosiło się do zdarcia. Jak pojawiały się dziury, zakładało się prawy na lewą nogę i lewy na prawą. Komfort i możliwości wspinaczkowe były trochę inne, ale się dało. A same korkery to były najtańsze, szmaciane korkotrampki z ryneczku. Jakby komuś teraz pokazać, jak to wygląda, byłby problem ze zrozumieniem, że taki but mógłby służyć do piłki nożnej – no, i do wspinania. Kurs taternicki robiłem również w korkerach.

Nam się wtedy wydawało, że my jesteśmy pionierami 

Na szczycie Kazalnicy z Dominikiem, Łysym i Jackiem, 1994 r.

FK: A co zawiodło cię w Tatry?

BP: Na kursie skałkowym ze Sławkiem miałem jeszcze przyzwyczajenia z Beskidów – skórzane buty z vibramem, spodnie „pumpy” i flanelowa koszula. Pamiętam, że pod kominem na Sukiennicach zdziwił mnie widok tych chudych gości w leginsach. Miałem na tym wyjeździe taką ambicję, że wszystko trzeba zrobić, zrobić, zrobić. Wszystko mi tam tak pasowało. Wiadomo, Sokoliki są śliczne.

Wróciłem jeszcze bardziej podjarany. Zacząłem ponownie chodzić na wieżę, ale wspinałem się już z innymi kolegami. Zaprzyjaźniłem się z tymi typami, którzy mnie tak na początku obśmiali, a potem bardzo szybko z Przemkiem Balladą, moim sąsiadem z dzielnicy. Ta wieża to była jak dzisiejsze ścianki – chodziło się tam cały czas i nigdy nie było dosyć.

Z racji moich wcześniejszych doświadczeń z Beskidów zorganizowałem w lipcu wyjazd klasowy w Tatry. Było nas z początku chyba około 12 osób. Miałem już doświadczenie, więc w pierwszym schronisku (w Dolinie Chochołowskiej) poczekaliśmy, aż się zapełni, żeby była gleba. Po dwóch dniach, po wejściu na Wołowiec, wykruszyły się cztery osoby – jedna z koleżanek dostała krwotoku z nosa, inne osoby okazały się niezainteresowane chodzeniem góra-dół, góra-dół, sapaniem i poceniem się. Została wtedy już sprawdzona ekipa, w tym towarzysz mojego pierwszego wyjazdu w góry, a także mój przyjaciel i późniejszy wieloletni partner wspinaczkowy, Radek Michniewicz. Na tym wyjeździe przeszliśmy całe polskie Tatry od Chochołowksiej do Rysów.

Pamiętam, jak przy wejściu na Zmarzłą Przełęcz spojrzeliśmy na ścianę Zamarłej Turni i zobaczyłem pokrzykujących taterników. Było to jak uderzenie, uczucie, że to coś niesamowitego. Patrzyliśmy na nich z góry, jak krzyczeli i bili haki, i było to takie uosobienie wolności. W dolinie, przy Murowańcu, zobaczyłem takich taterników z bliska. Byli to nieco od nas starsi chłopcy. W lekko okrojonej ekipie pojechaliśmy w tym samym roku jeszcze raz w Tatry. Radek się pytał, co za kurs ja robiłem, bo dzwonił do mojej mamy, a ona mu powiedziała, że na ratownika górskiego…

Po dwukrotnym przejściu Wołowiec–Rysy byłem już kompletnie wkręcony. W tym samym roku Radek Michniewicz zrobił kurs skałkowy, a ja pojechałem na dwa wyjazdy skałkowe z bardziej doświadczonymi kolegami. I już nie wyobrażałem sobie, żebym mógł robić cokolwiek innego.

FK: A zrobiłeś kurs taternicki?

BP: Ten okres w moim życiu zbiegł się z powstaniem pierwszej ścianki wspinaczkowej w naszym klubie, w siedzibie przy ul. Mazowieckiej. Głównym pomysłodawcą i wykonawcą była ówczesna pani prezes, Bernadeta Stano-Szczepańska, tak zwana Beta – piękna kobieta. Chodziłem więc na tę ściankę i wiedziałem, że trzeba się edukować dalej, dlatego w kolejnym roku poszedłem na kurs taternicki razem z Przemkiem Balladą i Leszkiem Kuczyńskim. Zaczęliśmy jako pierwszy turnus. Zdawaliśmy składający się z czterech bloków tematycznych egzamin, a egzaminowały nas tuzy taternictwa: Bogdan Jankowski, Krzysztof Zdzitowiecki, Maciej Pawlikowski, Andrzej Paulo… Moją kartę taternika wydano 21 lipca 1993 roku. Wtedy też było takie podejście, że każdy musi zrobić od razu pełny kurs skałkowy i taternicki, a potem dopiero się wspinać.

Na szczycie Kazalnicy, 1994 r.

FK: W swoim życiu wspinaczkowym doszedłeś dość daleko. Jak opisałbyś etapy swojego rozwoju wspinaczkowego? Gdzie chodziłeś, jak się wspinałeś?

BP: Wybudowanie ścianki wspinaczkowej w klubie zbiegło się z przyrostem liczby członków. Ja byłem w czwartej klasie liceum – maturalnej. Nauki było więcej, jak ktoś chciał, ale jak nie chciał, to jej było mniej. Przychodziliśmy na ściankę i trenowaliśmy razem, co doprowadziło do zaistnienia zjawisk, powiedzmy, subkulturowych. Przebywaliśmy dużo ze sobą, lubiliśmy się i trenowaliśmy razem. I to było takie abstrakcyjne, zupełnie oderwane od tego, co działo się na ulicach. Początek lat 90., wielki kryzys, a my przychodzimy, robimy przechwyty i mamy z tego kompletną korbę.

Część osób z tej grupy wspina się do tej pory, inne potem od tego odeszły. Tomek Ferber, Przemek Ballada, Radek Michniewicz, Darek Błoch, Borys Poradzewski, Piotrek Lewiński, mój brat Szymon Przybył, Janusz Maćkowski, Adam Tarnowski – to były osoby, które ze mną zaczynały. Był też Dominik Pilip, ale on zaczął trochę wcześniej i za szybko stał się dobry, więc nie przychodził na ściankę, bo już nie musiał. A myśmy zaczęli mieć podejście sportowe. Pomimo tego, że wszyscy myśleli o górach i edukowali się górsko, to wtedy był boom na wspinaczkę sportową, w Szczecinie i w całej Polsce. Wtedy przecież powstała krakowska Korona.

Początki treningu z Bratem

Nam się wtedy wydawało, że my jesteśmy pionierami wspinaczki sportowej. Nie mieliśmy świadomości, że przed nami ktoś był. Na ściance zaczęli pojawiać się Leszek Milczarek, wspinacz szczecińsko-warszawski, i Darek „Łysy” Sokołowski – i wtedy mogliśmy zobaczyć, że przed nami ktoś już to robił. Problemem był brak komunikacji pokoleniowej, co zresztą do dziś nie zanikło. Ale widzieliśmy Łysego – jak on wygląda, jak trenuje, jak się zachowuje – i trochę go naśladowaliśmy, a trochę chcieliśmy iść swoją drogą. Każdy oprócz sportu próbował wspinaczki w górach.

Marzyłem też o wspinaczce zimowej, ale mi to kompletnie nie wyszło. Pamiętam, że mój pierwszy poważniejszy zimowy wyjazd był nieudany: odmroziłem nogi i skończyło się na tym, że skoncentrowałem się na wspinaniu letnim. Sportowo wspinałem się mniej więcej w 70%, a górsko w 30%.

Okazało się, że Sokoliki są specyficzne

FK: A jak potoczył się Twój rozwój wspinaczkowy, jakimi stacjami się odbywał?

BP: To opowiem to trochę bardziej hasłowo. Trudne drogi zacząłem robić na wieży Bismarcka, gdzie podczas jednego projektu odpadłem dwadzieścia kilka razy w tym samym miejscu. Nauczyło mnie to, że nie wolno się poddawać, bo oczywiście jak już doszedłem do góry, to były trąby, fanfary i wielka duma.

Potem pojechałem w Tatry z Dominikiem Pilipem i zrobiliśmy kilka dróg do VIII minus na Kazalnicy Mięguszowieckiej, Czołówce MSW i Mnichu. Nie wszystko dało się zrobić czysto, ale zauważyłem wtedy, że po prostu trzeba się wspinać, żeby się rozwijać.

Cham

Po maturze pojechałem pierwszy raz w Białe Skały (Jura Krakowsko-Częstochowska) i od razu udało mi się zrobić jedną z dróg Waldemara Podhajnego, a uchodziły one wtedy za trudne. Kiedy Łysy zabrał mnie w Sokoliki, zrozumiałem, że trzeba się wspinać po drogach, które mają potwierdzoną wycenę, są ładne, po estetycznych skałach. Pamiętam, że on wszystko prowadził, a ja szedłem na drugiego takie drogi jak Znikający Punkt, Hokej, Ambroży. Porozmawialiśmy wtedy trochę o treningu i podejściu do wspinania. Było to dla mnie bardzo motywujące. Następnej wiosny zrobiłem od razu wszystkie te trzy drogi na pierwszym wyjeździe.

Rzędkowice, Turnia Lechfora, Magnezjówka, 2001 r.

FK: A one były wtedy obite?

BP: Były, chociaż na Zniku wpinałeś się w jedynkę z pętelką zabitą w taką cienką ryskę. Ambroży był obity inaczej niż teraz, ale nie czuliśmy jakiejś grozy w czasie wspinaczki.

Cały czas ważne były dla mnie wspinaczki tatrzańskie z Dominikiem Pilipem, ale czułem się tak, jak się czujesz, wspinając się z dużo lepszym partnerem. Później z Borysem Boradzewskim, moim kolejnym partnerem, podkręciliśmy nasz poziom w skałach i w górach. Moje pierwsze VI.5 nazywało się „One way ticket” – żeby było śmiesznie, jadąc w skałki, jedyny raz w życiu zostałem okradziony i straciłem portfel, więc rzeczywiście na bilet w drugą stronę już nie miałem… Z Borysem pamiętam też przejście Epitafium na Kazalnicy, bo załapaliśmy tam kibel.

Wtedy wydawało mi się jeszcze, że tak będzie dalej: i skałki, i Tatry. Ale kolejny rok to była wielka powódź w 1997 r., w Sokolikach sezon był zupełnie nieudany. Przyjechaliśmy dużą ekipą na dwa tygodnie, a deszcz nie przestawał lać i ludzie zaczęli odjeżdżać. Śmialiśmy się, że znikają, ale to było rzeczywiście coś niesamowitego, że tak pada, pada, pada i człowiek widzi, że dzieje się coś dziwnego. Wracaliśmy wtedy z jakimiś poznaniakami, którzy przewieźli nas przez ostatni czynny most na Odrze przy opactwie w Lubiążu. Wróciliśmy, odczekaliśmy, aż woda opadnie i znów przyjechaliśmy. Okazało się, że jest druga fala – i tak skończył się dla mnie sezon. Zbiegło mi się z końcem studiów i mniejszą ilością czasu na wyjazdy, chociaż cały czas trenowałem. Potem jeszcze zahaczyłem o wojsko, szkoła podchorążych rezerwy – serdecznie polecam!

W latach 2000-2003 robiłem aplikację sędziowską, więc trochę się odbiłem i mało jeździłem na wspin. W tym czasie chłopaki zaczęli jeździć na Frankenjurę, początkowo beze mnie. Pod koniec aplikacji pojechaliśmy ekipą. Siedzieliśmy dwa tygodnie w Untertrubach i to było dla mnie odkrycie – okazało się, że Sokoliki są specyficzne, Białe Skały też. Przy moich gabarytach i wadze było mi w „Białych” i w Sokolikach po prostu trudno. A przy naszym treningu w przewisach na ściankach systemowych Frankenjura okazała się fantastycznym miejscem. Tam można było zrobić ściągnięcie z dwójki do biodra i sięgnąć dalej. Dziurki były chwytne i pojawiły się sukcesy wspinaczkowe – na Frankenjurze zostaliśmy przez kolejnych siedem czy osiem lat.

Frankenjura, Bärenschlucht, Herkules, 2007 r.

Nasze pobyty frankenjurskie zawsze miały charakter sportowy – był element aktywności fizycznej – ale także relaksowy i kurtuazyjny. Jeśli ktoś sieknął drogę, nad którą długo pracował, to wieczorem trzeba było się wspólnie ucieszyć. I myśmy tworzyli taki zespół wyjazdowy, że nie siedzieliśmy wieczorem przy szklance wody niegazowanej i marchewce, tylko raczej spędzaliśmy czas rozrywkowo.

Franken po wspinanku

FK: Później byłeś też w Dolomitach.

BP: Pierwszy raz byłem tam w 1996 roku z Łysym, Przemkiem Balladą i Kubą Molskim. Zrobiliśmy wtedy Comiciego na Cima Grande i Cassina od południowej strony. I potem urwał mi się trochę kontakt z górami, zaczęliśmy jeździć głównie do Frankenjury. Raz z tej Jury pojechaliśmy w Dolomity na wyjazd sportowy. Wbiliśmy się wtedy dwa razy w Filar Wiewiórek: raz spadła temperatura, a przy drugiej próbie trzy dni później spadł śnieg. Popełniliśmy wtedy mały błąd, bo bardzo chcieliśmy się tam wspinać, ale nie zauważyliśmy, że nikt poza nami nic tam nie chodzi. Było po prostu za zimno…

Dolomity, 2005 r.

FK: Latałeś też w rejony śródziemnomorskie?

BP: Montserrat, Sardynia, Arco, Grecja, zgadza się. Wspinałem się głównie sportowo i wielowyciągowo.

FK: Które z tych rejonów, jakie style wspinaczkowe najbardziej Ci leżą?

BP: Powiem tak: wiele razy wspinałem się w Hiszpanii, we Włoszech i w Słowenii, w szeroko pojętych rejonach śródziemnomorskich. Charakter tych wyjazdów był taki, że wspinaliśmy się tzw. szybkim RP i głównie na drogach sportowych. I najczęściej tak to nadal robię – onsajt albo szybkie RP.

Jeżeli zaś chodzi o ciekawe rejony, to wspinanie w Montserrat z Dominikiem Pilipem było kapitalnym doświadczeniem. Zrobiliśmy wtedy trzystumetrową turnię Cavall Bernat. Nie powiem jednak, żeby mi ta skała specjalnie leżała, bo to zlepieniec. Poza tym wspinam się głównie w wapieniu. Nazwa się zmienia, ale skała jest zazwyczaj taka sama, żółty wapień. Nigdy nie leżały mi tufy. Nawet robiłem jakąś drogę na Kalymnos z tufami w nazwie – tufów nie użyłem, bo znalazłem w trudnościach trzy dziury, po których się ściągnąłem. Mój asekurant Błochu śmiał się potem, że pięknie po tych tufach się wspinam!

Majorka, 2005 r.

FK: Czyli lubisz wapień. Lubisz, jak jest przewieszony?

BP: To pytanie o moje preferencje? Lubię średniej długości przewieszone drogi po dziurkach w stylu Frankenkjury. Dwójeczka, do biodra , alleluja –  i do przodu!

Lubię też trzy szybkie ruchy i zgięcie na krótkiej drodze

FK: A co cię najbardziej we wspinaniu kręci? Nie każdy człowiek przecież pojedzie w Tatry i tak się wkręci, że przez trzydzieści lat będzie tam wracał. Co Ciebie pociąga we wspinaczce?

BP: Kiedy zacząłem się wspinać, nie było to równoznaczne z trenowaniem. Trening zacząłem gdzieś w 1993 lub 1994 roku. Od tego momentu zrobiłem tylko jedną trzymiesięczną przerwę w treningu, kiedy byłem skoszarowany w wojsku. Więc zawsze prowadziłem jakąś formę treningu, ja to lubię. Znam zresztą pewnego kolegę, już dziś wspomnianego, który mówi, że ze wspinaniem to tak średnio, ale on lubi trenować. Ja też trochę taki jestem…

Lubię się wspinać, tylko że to tak jest nie do końca powiedziane. Wspinaczka i wszystko, co się z nią wiąże, to mój sposób na życie. Zimą chodzę na skitury, czasem pojadę w Alpy na jakąś czwórkową drogę, czasem na jakiś wielowyciąg w Arco, potem zafiksuję się na jakiejś dziesięciometrowej drodze po dwójkach na Frankenjurze. Trudno mi tu określić dokładnie, co ja w tym lubię, co to wszystko spaja. Lubię wstać o trzeciej rano i pójść na wspinanie gdzieś w górach, kiedy widzisz świt i kładące się światła, wykonać całodzienną akcję górską, patrzeć, jak słońce przechodzi na drugą stronę, wracać po nocy do domu. A lubię też trzy szybkie ruchy i zgięcie na krótkiej drodze. Nie ma w tym żadnej jednej, spójnej cechy, która mnie tak bardzo kręci.

Na lodach

FK: Można zatem powiedzieć, że jesteś wspinaczem wszechstronnym?

BP: Za wyjątkiem speleologii, choć literatury troszkę liznąłem!

FK: Jeśli mogę wprowadzić elementy „obce” – spoza Twoich dzisiejszych wypowiedzi – pracowałeś na wysokościach?

BP: Tak, byłem robolem wysokościowym w ogólniaku i w czasie studiów. To podstawa moich sukcesów. Powiem bajkowo: to było tak… Chwilę po mnie zaczął wspinać się mój brat. Była wtedy bieda z nędzą i w Polsce wszystkiego brakowało, a rodzice powiedzieli, że nie będą dokładać do naszego samobójstwa. Wydatki moich rodziców na moją pasję ograniczyły się do zakupu bordowego polaru – kiedy go dostałem, wydawało mi się, że mogę iść na Everest. Aha, i za najwyższą ocenę z historii na maturze kupili mi buty wspinaczkowe marki Boreal, model Laser. Güllich w tych butach zrobił Action Directe, więc czułem się wspaniale.

Kurs skałkowy, a co dopiero taternicki, robił z ciebie wysoko wykwalifikowanego robotnika wysokościowego – o przepisy nie pytaj. Początkowo byłem niepełnoletni, ale na takich ludzi jak my było zapotrzebowanie. Starsi koledzy mieli firmy – jak historyczna już firma „Trygław”, która była gospodarczą podstawą sukcesów wielu wspinaczy w Szczecinie. Potem pracowaliśmy na zlecenie dla różnych znajomych. Były to różne, najczęściej nieskomplikowane roboty: malowanie dachów, mycie szyb, malowanie konstrukcji metalowych, robienie na dźwigach w stoczni czy reklam. Miałem wtedy takie powiedzenie, że jestem człowiekiem sukcesu, bo mam osiemnaście lat i robię w reklamie. Polegało to na tym, że wieszaliśmy tablice, plakatowaliśmy, wieszaliśmy żarówki, zmienialiśmy paliki obrotowe. Stawki były wtedy inne i można było na tym zarobić. Najbardziej lubiłem hiperrobociarskie walenie powierzchni: pomalować dźwig, pomalować dach. To była fajna robota.

Za pieniądze tak zarobione kupiłem sobie moje pierwsze buty wspinaczkowe, mythosy La Sportivy, oraz kurtkę „gore dla ubogich”, czyli Hi-Tech Micro. I tak każda robota była po coś, każde maźnięcie pędzlem przybliżało cię do ulubionego plecaka. Każda wymiana hoboka z pustego na pełny to krok w kierunku wyjazdu w Dolomity. Na robotach każdy miał jakiś zdewastowany sprzęt wspinaczkowy lub specjalny do robót: ławka, wysoka ósemka, rolka Petzla i jedziesz. Pamiętam, że po dwóch, trzech tygodniach pracy na linach miałeś załatwione wakacje.

Gdzieś w ścianie. Ferb, Radek i ja

Usłyszałem tylko takie „peng” i uderzyłem o półę 

FK: Czy przeżyłeś kiedyś momenty wspinaczkowe, gdzie coś poszło nie tak, gdzie się bałeś?

BP: Strach wiąże się ogólnie ze wspinaniem, choć tak naprawdę nie powinno go być – powinno być planowanie, przeszkolenie i przewidywanie. Nie będę tu więc mówił o jakichś strasznych sytuacjach, kiedy mgła była taka, że jak się klasnęło, to kulka śniegu zostawała w dłoniach i cztery konie spadały uduszone z góry. Mieliśmy różne załamania pogody, burze… Pamiętam taką sytuację, kiedy wycofywaliśmy się w Dolomitach zjazdami ze ściany. Przyszło załamanie pogody, burza z piorunami. Chłopaki już zjechali, a mi się prus zatarł dwa metry nad ziemią, akurat w lufie, bo ściana była podcięta. Chłopaki stoją pod okapikiem, nie kapie na nich i się śmieją. Jak się wygnę, to akurat musnę stopą ten piarg – oni mają ze mnie straszną bekę, a ja wiszę w deszczu i moknę…

Dolomity po wycofie

Miałem też w 1996 roku taki nieprzyjemny epizod, że na drodze Lot Pingwina w Podlesicach poleciałem przy wpince. Wtedy to obicie i sprzęt były zupełnie inne niż teraz, niektóre plakietki były speleologiczne typu Vis, do obciążeń statycznych, aluminiowe. No i ja wyrwałem przy locie taką plakietkę. Spadłem z około 10 metrów na ziemię. Usłyszałem tylko takie „peng” i uderzyłem o półę, a pod skałą był pochyły piarg, z którego przywaliłem na krzak, gdzie stał mój partner wspinaczkowy Borys. Suma wszystkich odjętych energii mnie uratowała. Otrzepałem się, miałem lekko obitą głowę i udo, ale nic mi się mimo sporej wysokości nie stało. Mając lat 21, człowiek nie czuje się ocalony. Żadnej martyrologii nie było, poszliśmy się dalej wspinać.

Natomiast po czasie odezwał się u mnie problem z zadaniem do chwytu, z rozstaniem się z dobrą klamą. Przez jakiś czas to wspinanie mi nie szło. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak jest. Niektóre trudne drogi robiłem bez problemu, a na innych nagle się zatrzymywałem i mówiłem, że mi nie leży, po czym zjeżdżałem ze spita. Po czasie uświadomiłem sobie, że jest to coś, co na dzień dzisiejszy określilibyśmy jako PTSD – czyli zespół stresu pourazowego. Wtedy nie przyszło mi do głowy, żeby coś z tym robić. Nie było też przyjęte, żeby iść z czymś takim do psychologa i o tym pogadać. Generalnie wspinałem się dalej, a jak coś nie poszło, to chłopaki gadały:

– Stary, co ty, nie zrobiłeś?

W końcu zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak, i wdrożyłem program naprawczy, polegający na tym, że obniżyłem trochę poziom i wspinałem się głównie onsajtem, za to w formacjach podobnych do tej, gdzie spadłem, lub takich, gdzie mnie przyblokowywało. Po czasie to ustąpiło.

Z Rekinem w zimie
Z Rekinem w lecie

FK: Jesteś też aktualnie instruktorem wspinaczki sportowej. Jakie było kiedyś Twoje podejście do treningu, jakie jest teraz?

BP: Jak boli, znaczy się rośnie! A teraz na serio. Przez lata nauczyłem się, że nie wolno wszystkich mierzyć swoją miarką i że nie wolno wszystkich mierzyć taką samą miarką. Nie jestem trenerem z głównej linii wykształcenia, ale mogę pokusić się o taką definicję roboczą: trening to jest uporządkowany proces, który ma spowodować zwiększenie naszych możliwości psychofizycznych. W przypadku wspinania sprowadza się to do powtarzalności i wykonywania pewnych ćwiczeń z uwzględnieniem czasu, trudności, wagi, długości odpoczynku itd. W moim osobistym treningu od dłuższego czasu niewiele się zmieniło: znam siebie, znam swoje możliwości, swoją budowę kostno-mięśniową, wagę, gabaryt i swój rozkład dnia, tygodnia, roku. Mogę więc przewidywać własne wzrosty i spadki. Czasem potrafię przebimbać najlepszą formę na kosiarce na działce w Strużnicy, ale to już inna kwestia…

Po czasie okazało się, że trening wspinaczkowy jest procesem bardzo indywidualnym i bardzo skomplikowanym. Trzeba uwzględniać masę czynników, np. na jakim etapie rozwoju ktoś jest. Czy jest to dziecko, czy osoba dorosła? Czy osoba ta trenowała już inne sporty? Z mojego punktu widzenia jako instruktora sportu wiem, że muszę maksymalnie zindywidualizować to, co robię z daną osobą. Może dlatego też jestem przeciwnikiem takiej sekcji, gdzie przychodzi dwadzieścia osób, a prowadzący tylko pokazuje palcem, jakie kto ma robić drogi. Jeśli oczekujesz rozwoju we wspinaniu, musisz sam tego chcieć, mieć samoświadomość, a trener ma cię obserwować, pomagać ci, obiektywnie ci coś powiedzieć. Nie ma czegoś takiego, że ktoś przyjdzie na sekcję, zrobi stały zestaw dróg i w przyszłym sezonie na pewno odhaczy konkretny zestaw dróg w skałach.

Trening ma też być przyjemnością, a nie tworzyć blokady czy przywiązywać kogoś do trenera. Jak przyjdzie kandydat na mistrza świata, to mam mu wskazać drogę i puścić wolno, kiedy będzie gotowy iść dalej, a nie wiązać go ze sobą.

Ładowanie: Slayer i Ministry

FK: Bardzo ciekawe i dojrzałe podejście. Tradycyjnie już skończmy stałym tematem „Migawek”: jaka muzyka kojarzy ci się ze wspinaniem?

BP: To jest bardzo niedobre pytanie, a ramy czasowe tego dzisiejszego wydarzenia nie pozwolą mi na udzielenie wyczerpującej odpowiedzi. Tak więc w skrócie. Ładowanie: Slayer i Ministry. Ma być głośno, na słuchawkach i jazda. Stoisz pod klawiaturą – i robisz. Stoisz pod drągiem – i robisz. Jeśli chodzi o trening bulderowy i z liną, muzyka może być elementem niewskazanym, aczkolwiek kiedyś w naszym Akademickim Klubie Wysokogórskim (ten wątek nieco został pominięty, taki klub kiedyś istniał) trenowaliśmy przy muzyce ostrej, mocnej.

Z mojego pokolenia, jeśli chodzi o muzykę imprezową i okołowspinaczkową, to oczywiście zespół Primus i płyty z roku 1991.

FK: Nirvana i Michael Jackson?

BP: Nirvana, Red Hot Chilli Peppers (Under The Bridge!), Metallica, Pearl Jam… W moim pokoleniu muzyka była bardzo ważna. Jeżeli nie orientowałeś się w muzyce, to niestety otwierano ci piwko na samym końcu. Trzeba było mieć pojęcie o Floydach, o Doorsach. No i dla nas muzyka musiała mieć jakąś tezę, nie mogła to być komera. Jak do tego doszło, nie wiem – ale Zenek nie wchodził w rachubę. Każdy jakąś tą muzykę wnosił. Ja starałem się wnieść mój ulubiony zespół „NoMeansNo”, ale to nie chwyciło, więc musiałem się zunifikować z resztą.

FK: Kiedyś opowiadałeś mi, że istnieli również przeciwnicy waszej muzyki, u których zdarzało wam się zawitać na imprezę.

BP: No, tutaj musi nastąpić pewna autocenzura. Nasza grupa wspinaczkowa w czasie studiów miała zahaczenie z pewną grupą architektów, którzy generalnie nie lubili Primusa. Dlatego ulubionym zajęciem były próby stworzenia jakiejś koincydencji, wspólnej imprezy poprzez wspólne słuchanie tego zespołu. Mieliśmy przewagę liczebną i wyglądaliśmy raczej na groźnych przeciwników dla takich potulnych architektów, dlatego nigdy do rękoczynów nie doszło. Ale Primusa chyba nie polubili.

FK: Dziękuję serdecznie za to, że poświęciłeś nam swój czas!

Jura, Mała Cima, Krakowski spleen, 2002 r.

Bartosz „Master” Przybył – szczecinianin, wspinacz od 1992, członek SKW od 1993 (z przerwami), miłośnik „dawania na drągu” i ciągnięcia z dwójki „do biodra”, korzenie ma ponoć w Bambergu (albo w bambrach). Wychowany w porządku, dlatego dobrze znosi bałagan. Zawodowo rozwiązuje spory w Szczecinie przy ul. Narutowicza. 

Filip Kaźmierczak – szczecinianin, członek SKW od 2020 r., wspinacz-amator, tłumacz arabskiego. Lubi słuchać doświadczeń innych ludzi i wydobywać je na światło dzienne.


Cykl rozmów „Migawki zgłębia początki fascynacji górami i rozwój wspinaczkowy bardziej doświadczonych członków i członkiń Szczecińskiego Klubu Wysokogórskiego. Rozpatruje przy tym różne formy działalności górskiej i wspinaczkowej.