Marzenia się spełniają,
czyli RELACJA z górskiego sportowego obozu letniego SKW
Dolomity 7 – 16.08.2026 r.

Zew gór nie ucicha, a w Szczecinie nadal można obserwować tzw. widmo nizinne: im dalej człowiek od gór, tym bliżej się wydają, kiedy przychodzi do planowania wyjazdów. Po dłuższej nieobecności – i chyba równie długiej kłótni o prognozy – SKW znów założyło tygodniowy przyczółek w Dolomitach.

Aura sprzyjała, skała kusiła, piwo koiło – dzięki przychylności wszelkich muz i okoliczności udało się przejść następujące drogi:
- Comici-Dimai VII, Cima Grande di Lavaredo, 17 wyc., 520 m
→ Paweł i Paweł FL,
→ Tomek J. i Filip – styl mieszany… 3. i 7. wyciąg AF, 8. wyciąg V+ A0, reszta OS - Dülferführe VII-, Totenkirchl Westwand, 18 wyc., 635 m
→ Paweł i Paweł OS,
→ Filip i Michał OS - Filar Dibony IV+, Cima Grande di Lavaredo, 22 wyc., 634 m,
→ Paulina i Tomek R. OS - Droga Normalna IV-, Cima Grande di Lavaredo, 650 m
→ Michał i Rafał OS - Spigolo Giallo VI+, Cima Piccola di Lavaredo, 13 wyc., 290 m,
→ Filip, Paweł i Paweł OS - Diretta Dimai VI+, Torre Grande, 8 wyc., 170 m
→ Tomek J., Michał i Filip OS - Fucsia VI-, Monte Popema Basso, 6 wyc., 175 m
→ Jurek i Jurek OS - M. Speciale V+, Lagazuoi Piccolo, 10 wyc., 300 m
→Jurek i Jurek OS,
→ Paulina, Ania i Tomek R. OS - Filar Zachodni V+, Torre Anna, grupa Nuvolau, 5 wyc., 144 m
→ Rafał i Tomek R. OS - Comici war. V, Torre Piccola di Falzarego, 230 m
→ Michał i Rafał OS - Miriam V, Torre Grande – Cinque Torri, 8 wyc., 187 m
→ Paulina i Tomek R. OS - Comici V-, Torre Piccola di Falzarego, 230 m
→ Paweł i Paweł OS,
→ Jurek i Jurek OS - Ściana Zachodnia IV+, Torre Piccola di Falzarego, 4 wyc., 115 m
→ Jurek i Jurek OS - Zacięcie Mazzorany IV, Monte Popena Basso – Cristallo, 4 wyc., 119 m
→ Paulina i Tomek R. OS,
→ Jurek i Jurek OS - Filar poludniowo-zachodni IV, Torre Grande di Falzarego, 4 wyc., 160 m + 50 m
→ Jurek i Jurek OS - Ściana Północna, Torre Lucy, Cinque Torri, IV, 6 wyc.
→ Asia, Adam, Mariusz OS - Via ferrata Lamon z Tofana di Mezzo do Tofana di Dentro
→ Asia i Rafał - … i kilka sportów w Landro






Grupa Wcześnie Wyjeżdżających zdołała uniknąć sobotnich opadów poprzez udanie wykonany manewr kajzerowy. Ambicje były na dwa dni wspinu, ale po potężnej wyrypie (z dojściem i zejściem do parkingu) doszliśmy do wniosku, że sama droga Dulfra wystarczy. A był to nie byle jaki klasyk! Z podszczytowych gruzowisk (jak i na Cimie Grande…) leciały kamienie, zejście okazało się niebanalne i dłuższe od oczekiwań, nogi niósł już tylko pogłos dochodzących nas z tarasu schroniska rozmów przy piwie… Jakże gorzko się rozczarowaliśmy, kiedy prysła fata morgana! Dobiliśmy do schronu już po godzinie 22, a żelazne dziewice kuchenne nie zlitowały się nad nami nawet jakimiś butelkami. Pozostało nam patrzenie na piwo oczami wyobraźni i dalsza wędrówka do parkingu poprzez mroki nocy.



Dolomitowy nowicjusz Michał mówi:
„To był mój pierwszy wyjazd w Dolomity. Okolica zrobiła na mnie ogromne wrażenie i z pewnością będę chciał tam wrócić. Widoki były cudowne, a drogi – biorąc pod uwagę, że wiele z nich miało swoje pierwsze przejścia niemal 100 lat temu – naprawdę imponujące.


To również świetny rejon dla osób lubiących wspinanie na luzie, ze względu na dużą liczbę celów o stosunkowo niskich trudnościach. Na pewno warto wstawać wcześnie rano, aby uniknąć tłumów, kolejek, a przede wszystkim popołudniowo-wieczornych burz. Oglądanie wschodu słońca ze ściany Cima Grande na długo zostanie mi w pamięci.”

Ania miała okazję odetchnąć od wspinania ; ) i tak to oderbała:
„Mi się podobało, że mogłam sobie w końcu na luzie połazić po Dolomitach. Zobaczyć miejsca (na dodatek z 🐺), w których nigdy nie byłam. Na pewno oglądanie spadających gwiazd pod Tre Cime a potem trekking o wschodzie słońca zostanie mi na długo w pamięci. I ta super atmosfera na campie, proste spędzanie razem czasu. Było mega fajnie!”

Haczi (🐺) mówi: „A mi się najbardziej podobało, jak zeżarłem Tomkowi bułkę i foccacię ze wspinaczkowej torby!”

Przemyślenia Rafała:
„Wyjazd przerósł moje oczekiwania. Jechałem bez stałego partnera i długo już się nie wspinając na ściance ani w skałach. Na miejscu jednak znaleźli się zarówno partnerzy, jak i odpowiednie cele, i udało się sporo powspinać. Mimo czwartego pobytu w Dolomitach wciąż mnie zachwycają i wciąż planuję tam wracać. Warto chyba poruszyć też temat pogody. W trakcie jazdy ekipa obawiała się prognoz i pojawiały się nawet pomysły zmiany miejsca obozu. Na miejscu okazało się, że jest jak co roku. Deszcz mimo prognoz nigdy nie padał rano, a po południu słabo lub wcale. Czasami zdarzały się wieczorne burze. Myślę, że w tym regionie trzeba brać to pod uwagę podczas planowania.”


Na koniec oddajmy głos Pawłowi G. (slab climberowi, który tym razem minął się ze swoim powołaniem):
„Obóz tradycyjnie zaczęliśmy w piątek wczesnym popołudniem, z pełnym klaserem planów, gdzie drogi za 6c+ były tą mniej ambitną częścią. Ostateczne decyzje gdzie i po czym będziemy się wspinać przez następny tydzień, zapadły oczywiście w trakcie jazdy, gdzieś pomiędzy Lipskiem a Norymbergą. Filip na początek namówił ekipę na wilderkajzerowego klasyka – drogę Dulfra na zachodniej Totenkirchla. Jak na rozruch przystało, do obozu na parkingu wróciliśmy po 18 godzinach akcji górskiej. Na kolację były batony proteinowe i 3 piwa bezalkoholowe.



Rozruszani, rano pojechaliśmy w Dolomity, by tam rozbić obóz i zrestować. Następnego dnia ekipa zadecydowała, że pora na zdroworozsądkowe wyzwanie i w trójkowym składzie poszliśmy na Spigolo Giallo na Cima Piccola di Lavaredo (VI+). Droga okazała się być przepięknym klasykiem, który poza dwoma wyciągami cały czas trzyma trudności. Paweł H. pokazał hart ducha i pociągnął kluczowy wyciąg w przewieszonym zacięciu za 6a+ i zostawił nas samych na wiszącym stanie, by dobić swój przydział wspinania na ten dzień.

Zatrważające prognozy pogody na następny dzień, a właściwie zaraźliwy brak spręża po dniu poprzednim, spowodowały że wtorek spędziliśmy w Lago di Kałużo, brodząc po kostki w turkusowej mazi. Pocieszeniem były prognozy pogody na czwartek, otwierające okno możliwości sieknięcia głównego celu wyjazdu – drogi Comici-Dimai na Cima Grande di Lavaredo. Jako że wyrypa to miała być konkretna, środę spędziliśmy na porannym aktywnym reście (zaliczając kolejne metry w pionie) oraz późniejszym reście pasywnym w obozie.

Przyszedł wreszcie czas na czwartek, czyli danie główne. W środę wieczorem całe KW Szczecin zebrało się, by obradować, kto i jaką drogą wejdzie na szczyt, kto kogo zawiezie, o której porze i czy bramka na drogę do schroniska nas wpuści na drogę do schroniska. Plan bitwy zakładał szturm na Cimę Grande z trzech stron, czterema parami – komuś musi się udać! Cała ekspedycja wyruszyła już o 3 nad ranem, żeby każdy miał zapas na ukończenie wspinania za dnia. Wielki upór i psycha ze stali pozwoliły wszystkim zespołom tego dnia stanąć na szczycie (albo na półce okalającej szczyt) i zatknąć dumną flagę KW Szczecin. Rafał wykonał dodatkowo znakomitą robotę, dokumentując zjazdy lepiej niż Paryski tatrzańskie granie, dzięki czemu ostatni zespół zdążył rzutem na taśmę zamówić zwycięskie piwo w schronisku Lavaredo.

Dla naszej dzielnej czwórki był to niestety ostatni dzień – pozostało nam jedynie snucie planów na przyszłość. Reszta klubowiczów jednak nie odpuszczała i łoiła dalej – solidnie opukując każdy dolomicki chwyt przed użyciem.”


O pięknie dolomickich turni, o romantyzmie widoków, o ogromie północnej ściany Cimy Grande – niech o tym wszystkim świadczą zdjęcia, bo nie sposób ująć wszystko słowami.



Spędziliśmy razem wyjątkowy, pozytywny czas, i na pewno wrócimy za rok, może dwa…


